Homilia wygłoszona podczas pogrzebu śp. Pana Profesora Włodzimierza Fijałkowskiego

(Łódź dnia 19.02.2003 r., parafia Św. Wojciecha)

Ukochani w Chrystusie, Bracia i Siostry, począwszy od naszych Pasterzy, poprzez Kapłanów i pozostającą w bólu Rodzinę, różne organizacje, stowarzyszenia, ruchy zajmujące się życiem, aż po tych, którzy żyją i poruszają się po ziemi dzięki Panu Profesorowi śp. Włodzimierzowi Fijałkowskiemu.

Są takie pogrzeby, podczas których żegnamy ludzi, którzy nam w życiu zaimponowali. Na takim pogrzebie każdy chciałby coś powiedzieć i miałby wiele do powiedzenia. Zdaję sobie sprawę, że każdy z nas tu obecnych lepiej by to zrobił i doskonalej, ale to co powiem niech będzie małym kamyczkiem do przepięknej mozaiki, którą zaczniemy od dzisiaj układać, a mozaice tej będzie na imię: "Pan Profesor Włodzimierz Fijałkowski", w podtytule "pasja życia".

Myślę, że w czasie tej liturgii i w drodze na cmentarz, i gdy wrócimy do domu tych kamyczków uzbiera się więcej, i mozaika będzie coraz piękniejsza i będzie głosiła światu, że życie jest najpiękniejszą wartością, że z życiem igrać nie można, że życie jest darem Boga i o życie trzeba walczyć.

Pan Profesor często w życiu powoływał się na następujący tekst Księgi Koheleta: "Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy nad niebem. Jest czas rodzenia i czas umierania..." (3,1 nn).

"Nadeszła godzina!". W minioną sobotę 15 lutego br. zmarł śp. Profesor Włodzimierz Fijałkowski, mąż, ojciec, dziadek i pradziadek, wybitny lekarz, wspaniały położnik, obrońca życia, założyciel polskiej szkoły rodzenia, człowiek wiary i świadek Chrystusa w naszych czasach.

Zaskoczeni tą wiadomością nie dowierzaliśmy, że naprawdę odszedł. Pytaliśmy czy to prawda, jak to się stało. Kiedy jednak upewniliśmy się, że naprawdę umarł, że naprawdę nie żyje pytaliśmy się w jakim czasie i gdzie odbędzie się pogrzeb.

Wiedzeni poczuciem ogromnej wdzięczności i niekłamanej miłości przybyliśmy tutaj do kościoła Św. Wojciecha z Łodzi, z Archidiecezji oraz różnych zakątków Polski by złożyć Profesorowi dar swojej obecności modlitwy i pamięci. Przybyliśmy także na jego pogrzeb by dać świadectwo życiu, każdemu życiu: od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci.

Jeszcze półtora miesiąca temu Pan Profesor wędrował po polskich Tatrach, cztery tygodnie temu miał zajęcia w naszym Wyższym Seminarium Duchownym w Łodzi i tak jak zawsze przychodził do refektarza, siadał między nami, coś mówił, pytał, uważnie słuchał, a myśmy nie myśleli, że to było już ostatnie z nim spotkanie. !9 stycznia prowadził, jak się okazuje, ostatnie już zajęcia dydaktyczne na Studium Życia Rodzinnego w Częstochowie. Na zajęcia pojechał jak zawsze pociągiem. Niestety w Częstochowie poczuł się słabo, po zajęciach został przywieziony do domu samochodem. Lekarz domowy stwierdził, że to nie tylko przeziębienie, że to prawdopodobnie zapalenie płuc, trzeba natychmiast do szpitala. Gościnność, życzliwość, dobroć Ojców Bonifratrów, troskliwa i fachowa opieka lekarzy i personelu medycznego były imponujące. Okazało się ostatecznie, że sprawa jest poważniejsza i po kilku dniach pobytu w szpitalu Św. Jana Bożego na Chojnach przewieziono Pana Profesora do Szpitala Barlickiego na oddział nefrologii. Nerki odmawiały posłuszeństwa, potrzebna była dializa. Na tym nie koniec, sprawa okazała się poważniejszą i bardziej niebezpieczną. Trzeba było przewieźć Pana Profesora do szpitala Kopernika na hematologie. Robiono wszystko i sercem, by ratować życie Profesorowi, ale Pan Bóg miał widocznie inne plany, chciał go mieć już blisko siebie.

Śmierć nastąpiła tak szybko i niespodziewanie. A jeszcze było tyle planów: wykłady, artykuły, książka, sesje i sympozja na temat życia, małżeństwa, rodziny. Jeden z planów mimo ciężkiej już choroby udało się do końca zrealizować. Po przeróżnych historiach w szpitalu Madurowicza, po kapitalnym remoncie tej kliniki Panu Profesorowi tak bardzo zależało żeby przywrócić jej dawną renomę i świetność, żeby przypomnieć, że tam życie jest wartością najważniejszą i zabiegał o to, by klinikę tą poświęcić. Ksiądz Arcybiskup wpadł na wspaniały pomysł, by właśnie tam, 11 lutego br., w Światowy Dzień Chorego poświęcić klinikę, odwiedzić pacjentki, matki, personel medyczny i nacieszyć się życiem. Pan Profesor nie był już w stanie osobiście być tam obecnym. Dowiedział się jednak z pierwszej ręki jak uroczystość ta się udała. Tego dnia odwiedził go w szpitalu Pasterz Kościoła Łódzkiego - ks. Abp. W. Ziółek opowiadając w szczegółach o uroczystościach jakie miały miejsce w szpitalu Madurowicza i osobiście podziękował Panu Profesorowi za zorganizowanie tego niezwykłego spotkania. Przy końcu rozmowy Prof. Fijałkowski powiedział Księdzu Arcybiskupowi coś niezwykłego: "Jestem przygotowany na spotkanie z Panem".

Kiedy na kilka dni przed śmiercią byliśmy sami Pan Prof. zadał mi następujące pytanie: "Proszę księdza, jeśli przed śmiercią, a wyraźnie czuję, że już odchodzę, powiem z wiarą i nadzieją Jezu ufam Tobie, czy to wystarczy?". Zanim spróbowałem odpowiedzieć na to pytanie Pan Profesor dodał: "Chciałbym w tym krótkim akcie podziękować Panu Bogu za dar życia, za łaskę chrztu i pasję życia, chciałbym wypowiadając te słowa przeprosić wszystkich, którym świadomie lub nieświadomie wyrządziłem jakąkolwiek krzywdę, i chciałbym także mówiąc Jezu ufam Tobie pokornie prosić by Bóg obdarzył mnie życiem wiecznym, w które autentycznie wierzę. Jaka głęboka teologia! Jaka głębia wiary! To właśnie w tym kościele, w wybranym przez siebie miejscu pod amboną uczestniczył codziennie w Eucharystii słuchając Słowa Bożego i karmiąc się Ciałem Chrystusa. To tu czerpał moc i siłę do dawania świadectwa o Chrystusie.

My też, my tutaj zebrani chcemy wyrazić wdzięczność Drogiemu zmarłemu za wszelkie dobro, które za jego pośrednictwem stało się naszym udziałem. Wyraziła to już z serca i z przekonaniem, myślę, że w imieniu nas wszystkich Pani Dorota Kornas-Biela z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Leżącemu i zbolałemu Profesorowi powiedziała: " Jak się cieszę, że mogę spotkać się ponownie z Panem Profesorem. Chcę powiedzieć jak bardzo Pana Profesora kochamy i nade wszystko chcę podziękować za to co Pan Profesor uczynił na rzecz życia poczętego". Przy okazji warto przypomnieć iż Pan Profesor otrzymał 21 marca 2002 r. nagrodę im. Idziego Radziszewskiego. Nagrodę nadało Towarzystwo Naukowe KUL.

Wśród wielu wydarzeń i doświadczeń przebogatego życia Pana Profesora trzy z nich wywarły największe wrażenie, swego rodzaju piętno, do nich też często nawiązywał i wielokrotnie powracał.

Pierwszym wydarzeniem był obóz koncentracyjny. To było bardzo widoczne w szpitalu, gdy rękaw piżamy był zawinięty by podłączyć kroplówkę, osocze, odpowiednie sole, dało się zauważyć wyryty pod skórą numer obozowy. Był on taki widoczny i tak wiele mówiący. Pan Profesor często mówił: "Proszę księdza tam w obozie życie takie zdeptane, sponiewierana, godność ludzka szarpana, nikt i nic się nie liczyło, wtedy to zrodziło się w moim sercu pragnienie, że jeżeli ocaleję to resztę swojego życia poświęcę służbie tej najwyższej wartości, i będę przekonywał świat i ludzi, że życie jest piękne, że nie można igrać z życiem ludzkim i człowiekiem". I to pragnienie, które stało się ideą przewodnią jego powołania realizował do końca swoich dni.

Drugim wydarzeniem do którego często wracał był rok 1956, wtedy to ogłoszono ustawę dopuszczającą przerywanie ciąży. Pan Profesor zaświadczył, że nigdy ludzkiego życia nie przerwał, a gdy nawet kazano mu to czynić to już nie występował jako lekarz, nawet nie jako katolik, ale na skierowaniu na zabieg pisał: "Jako człowiek odmawiam". Miał z tego powodu wiele nieprzyjemności i kłopotów.

I wreszcie rok 1974, kiedy został zwolniony z wykładów i ćwiczeń z Akademii Medycznej w Łodzi. Jako powód podano iż ma zły wpływ na młodzież oraz że nie naucza w duchu marksistowskim. Po zwolnieniu z Akademii można się było po ludzku załamać, zniechęcić. Białe męczeństwo. Pan Profesor jednak dostrzegł w tym ostatnim wydarzeniu wyraźnie wolę Bożą (to wielka umiejętność!). Zaczął pisać, jeździć z wykładami, założył polską szkołę rodzenia. Jest autorem 26 książek, ponad 150 rozpraw naukowych, licznych felietonów, wywiadów i recenzji. Nadszedł czas i sposobna chwila by ten ogromny dorobek uporządkować, usystematyzować, tematycznie opracować. Myśl tę, że twórczość Pana Profesora stanie się wystarczającym źródłem do napisania wielu prac magisterskich i doktorskich. Jedno jest pewne i to ogromnie ułatwi pracę iż Pan Profesor w swej twórczości i działalności prezentował jednoznaczną postawę wobec życia. Nie musiał nigdy odwoływać swych poglądów i zmieniać głoszonych twierdzeń, nie korzystał z żadnych układów, koniunktur, systemów, do końca pozostał sobą. Jak stwierdził ks. bp Stanisław Stefanek na łamach "Dziennika Polskiego. -"w czasach, gdy zaczynał swą posługę, za prawdę moralną szło się nawet do więzienia. Profesor był pod tym względem zawsze przejrzystym i jednoznacznym nie tylko obrońcą, ale przede wszystkim prorokiem - tym, który w imieniu Boga głosi słowo Boże, powtarza zwłaszcza dziesięć słów Dekalogu, które doskonale zabezpieczają posługę życiu nie tylko od strony medycznej.

Człowiek niezłomny. Często powtarzał "nie wolno się poddawać, nie wolno się zniechęcać, trzeba robić swoje..

Następnie już jako specjalista, człowiek kompetentny i doświadczony uczestniczy w pracach wielu towarzystw naukowych krajowych i zagranicznych podejmujących problematykę życia. Od 1994 r. był członkiem Papieskiej Akademii Życia.

Wśród wielu odznaczeń, jakie otrzymał za swoją działalność i twórczość, chciałbym zwrócić uwagę na dwa, które sobie bardzo cenił. Pierwszy to order "Pro Ecclesia et Pontificae. (1990 r.), drugi to Krzyż Komandorski Orderu Św. Grzegorza Wielkiego. Jest to odznaczenie watykańskie, jakie może otrzymać osoba świecka, nie będąca głową państwa. Krzyż wręczył Panu Profesorowi osobiście ks. Arcybiskup, Pasterz Kościoła Łódzkiego i to w Urzędzie Miasta Łodzi, na oczach i w obecności ludzi, którzy w różny sposób i z różnych punktów widzenia zajmują się rodziną, co miało szczególną wymowę. Nagrałem sobie ten fragment, i choć jakość nagrania jest kiepska, to chciałbym z serca i w tym miejscu ją przytoczyć. Choć przez chwilę usłyszymy głos Pana Profesora, który po otrzymaniu tego orderu - dziękując, złożył swoje Credo : "Cywilizacja współczesna przeżywa dramat swego samookreślenia, ma być cywilizacją życia a nie cywilizacją śmierci. Uhonorowany Krzyżem Św. Grzegorza Wielkiego czuję potrzebę wypowiedzenia swojego Credo - jeżeli chcemy budować cywilizację życia, musimy zdecydowanie płynąć pod prąd. Z doświadczeń kajakowych wiem, że, by płynąć pod prąd trzeba dobrze znać swój nurt, aby nie zboczyć z trasy i nie zgubić celu. Trzeba czegoś jeszcze więcej, potrzebna jest miłość. Wyraża się ona budowaniem jedności we wszystkim".

Po wyrzuceniu z Akademii Pan Profesor przyjął jako dewizę życia słowa umieszczone na frontonie Teatru im. Jaracza w Łodzi : "I będę mocny jak to, co zdobędę". Po jakimś czasie , po wielu ciekawych doświadczeniach, po konfrontacji z życiem takim, jakie jest, zmienił powyższą dewizę na : "I będę mocny, jak to, co potrafię stracić".

Moi Kochani, jeszcze jeden wątek z życia Pana Profesora chciałbym teraz przywołać i rozwinąć. Pan Profesor Leszek Woźniak, były rektor Akademii Medycznej w Łodzi powiedział tak o Panu Profesorze : "Profesor Włodzimierz Fijałkowski jest przykładem tężyzny fizycznej przez rower". Miał ponad 85 lat, a wyglądał ciągle, jakby miał 60, jakby się zatrzymał. Niesamowita kondycja, radość życia. Wyraził to wszystko w przepięknej książce "Moja droga do Prawdy", i dosłownie, i w przenośni - Prawdy, która jest nieustannie przedmiotem poznania i Prawdy, wioski położonej między Rzgowem i Pabianicami, gdzie mieszka jego syn Paweł z rodziną.

Tak się złożyło, że wiele razy przemierzałem tę niezwykłą trasę rowerem razem z Panem Profesorem. Umawialiśmy się telefonicznie na daną godzinę przed kościołem Św. Wojciecha. Pan Profesor nigdy się nie spóźniał. Mnie to się czasem zdarzało, za co Go jeszcze raz bardzo przepraszam. Pan Profesor widząc mnie nadjeżdżającego z daleka wsiadał na rower i znanym gestem - kiwnięciem ręką czynił znak powitania i jechaliśmy dalej razem. Najpierw trzeba było pokonać bardzo ruchliwą i niebezpieczną drogę, zanieczyszczone spalinami ulice, by zaraz za szpitalem Matki Polki skręcić w boczną drogę w kierunku Rudy Pabianickiej, a potem już do Prawdy. Co to były za wyprawy. Ile ciekawych rozmów, wspaniałych dyskusji. To On uwrażliwiał mnie w sposób szczególny na piękno przyrody, piękno świata. Każdemu spotkanemu po drodze człowiekowi mówił pierwszy "dzień dobry., uśmiechał się do niego. Wszyscy Go na tej trasie znali.

Pewnego razu, gdy wyprzedziłem nieco Pana Profesora - On poprosił, bym się na chwilę zatrzymał. Być może jadę za szybko - pomyślałem - ale miałem lepszy rower. Tymczasem Profesor podpierając się o kierownicę roweru powiedział: "niech Ksiądz popatrzy przed siebie. Co Ksiądz widzi ?" . Odpowiedziałem, że widzę wysokie topole rosnące przy drodze. Profesor dodał: "Czy to nie cudowne? Ta aleja to przecież jak nawa główna w gotyckiej katedrze".

Przejeżdżając obok kapliczek, a było ich kilka na trasie, Pan Profesor przerywał rozmowę i szeptał po cichu "Pod Twoją obronę..." , za każdym razem w innej intencji. Gdy mijaliśmy szkołę w Guzewie, a dzieci wybiegały z radością na przerwę, pytał : "Co z tych dzieci wyrośnie?" A potem rzeka Dobrzynka. Profesor podkreślał, że nazwa pochodzi od dobra, zachęcał, że warto być dobrym. Ostatni zakręt, napis Prawda, i dom rodzinny syna Pawła. Tam czuł się, jak u siebie. W pogodne dni potrafił nawet kilka razy w tygodniu nawiedzać Prawdę.

Powroty były trudniejsze. Za nami zostawała piękna przyroda, czyste powietrze, pojawiało się coraz więcej samochodów, gwaru i kurzu. Kiedyś Pan Profesor kupił sobie lusterko i zainstalował przy kierownicy. Gdy zbliżaliśmy się do Łodzi często zerkał na nie, podziwiając i chcąc przedłużyć to, co zostawialiśmy za sobą. Wycieczki rowerowe do Prawdy były jego prawdziwą przygodą, źródłem wspaniałej rekreacji. Często ponawiane wyjazdy do Prawdy najpierw utrzymywały Go w kondycji człowieka będącego ciągle w drodze. Pozwalały uświadomić Mu, że Jego życie jest ciągłym podróżowaniem ku Bogu.

Może kiedyś jeszcze raz przejadę się tą trasą i będę szukał człowieka, który był dla mnie kimś. A może ktoś do mnie dołączy i razem jeszcze raz pochylimy się nad tajemnicą życia.

Syn Paweł zamierzał zawieźć Ojca jeszcze przed śmiercią do umiłowanej Prawdy, ale to już było niemożliwe. Rodzina zdecydowała zabrać Pana Profesora do domu, gdzie czekała na niego żona Zofia i dzieci. Tylko jak on to zrobił? Jak opowiadali pacjenci z sali szpitalnej, syn ubrał Ojca najpierw od góry, nałożył czapkę, nogi owinął kocem, a potem jak dziecko chwycił na swoje ręce i przeniósł do samochodu. Nie na wózku, nie na noszach. Misterium życia. Przecież kiedyś to ojciec jego, jego siostry, brata, brał na ręce, podrzucał, patrzył jak rosną, a teraz role się zmieniają, syn na rękach wynosi ojca do domu rodzinnego, gdzie pracował, żył, wypoczywał, tworzył, gdzie cieszył się swoją rodziną, by w takich okolicznościach odchodzić do Pana. Jaki Bóg jest dobry.

Żył chwilą obecną, przeżywał trudne i radosne chwile. Zawsze jednak pamiętał, że życie jest w Bożych rękach. Pan Profesor mimo bólu, cierpienia, smutku, bezradności, doświadczył w ostatnich dniach swego przebogatego życia chrześcijańskiej nadziei mającej swoje źródło w całkowitym oddaniu się siebie do dyspozycji Temu, który jest Zmartwychwstaniem i daje życie, jakiego świat dać nie może.

Chrystus na pytanie o drogę do zbawienia, do życia wiecznego odpowiedział :.Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem". Droga Pana Profesora do Prawdy już się zakończyła. Pozostało i to do końca Życie.

Panie Profesorze, do domu po raz ostatni przyniósł Cię na rękach Syn. A my teraz wspólnie błagać będziemy : "Niech Aniołowie zawiodą Cię do raju, a gdy tam przybędziesz, niech przyjmą Cię męczennicy i wprowadzą Cię do krainy życia wiecznego". Amen.

 

Ks. Andrzej Świątczak

Pogrzeb Profesora Fijałkowskiego

Telegram od Ojca Świętego Jana Pawła II

Słowo Arcybiskupa Władysława Ziółka Ordynariusza Diecezji Łódzkiej

Biskup Stanisław Stefanek o Profesorze Włodzimierzu Fijałkowskim